Szwedzi na Ziemi Prudnickiej PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 5
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Andrzej Dereń   
poniedziałek, 11 maja 2009 15:16

Niezależnie od tego, czy byli to Mansfeldczycy, Cesarscy, albo Duńczycy, czy jakaś wataha rozwydrzonych lancknechtów, lud nieodmiennie prawił o Szwedach...

 

To były straszne czasy dla Śląska. Pożary, oblężenia, rabunki i gwałty były na porządku dziennym. Europa podzielona między protestantów i katolików walczyła ze sobą zawzięcie. Wojna trwała z przerwami od 1618 do 1648 roku, a historia nadała jej nazwę "trzydziestoletniej". Europejska pożoga ominęła Polskę, zawitała jednak na habsburski Śląsk, a efekt jej oddziaływania odczuli na własnej skórze również mieszkańcy ziemi prudnickiej.

Wydarzenia te utkwiły mocno w pamięci miejscowego ludu, który jak to zostało zacytowane na wstępie przypisał działania wojsk różnych nacji właśnie wojownikom z północy - Szwedom. Przez następne dwieście lat tajemnicze obiekty - "okopy", wały, fosy zaczęto im właśnie przypisywać. Nawet starodawne grodziska znalazły się wśród nich, a na mapach pojawiły się słynne Szwedzkie Szańce, których nie brakuje również na ziemi prudnickiej. Oto bowiem szaniec w lesie koło Przechodu jest według legendy pozostałością chlebowego pieca szwedzkiego kwatermistrza. Szwedzką Górkę mamy koło Przydroża Małego (poza ziemią prudnicką). Szańce - zbiorowe mogiły żołnierzy lub pojedynczych oficerów mieli usypywać żołdacy napełniając hełmy ziemią z okolicznych pól. Niemieckie mapy topograficzne określają Szwedzkie Szańce koło Czartowic, Laskowic, wspomnianego wcześniej Przechodu oraz nad Prudnikiem, na górze Okopowa.

Na ścianie Domu Tkaczy w Prudniku od ul. Armii Krajowej dojrzymy kule, które mogą pochodzić z czasów oblężenia i być może bombardowania miasta przez Szwedów. Taką ewentualność przedstawiał nam podczas rozmowy Karol Stosiek z Prudnika, sympatyk regionalnej historii.

Żołnierską śmierć podczas wojen ze Szwedami mają przypominać ponadto krzyże pokutne z Dytmarowa i Jasiony, choć na ich temat są rozbieżne legendy. Jej pozostałością ma być również zabytek zwany Szwedzkim Słupem, położony na granicy trzech miejscowości: Laskowic (gm. Lubrza), Racławic Śląskich (gm. Głogówek) i Śląskich Pawłowic (Czechy). Słup jest pięciometrową, trójboczną kolumną z wnękami, zwieńczoną małą piramidką. Obiekt wybudowany został na wysokim nasypie i do momentu powstania sąsiedniej linii kolejowej był doskonale widoczny z dużej odległości.

SZWEDZKA POWTÓRKA

Niewiele wiemy na temat historii tego obiektu. "Katalog zabytków sztuki w Polsce" podaje, że słup postawiony został w 1633 roku przez Jana Jerzego Gotfryda Kotulińskiego, właściciela Śląskich Pawłowic na pamiątkę wycofania wojsk szwedzkich. Ale dlaczego akurat w tym a nie innym miejscu, dlaczego w tym roku, a nie np. w 1648 roku? Co się wówczas działo na Śląsku? By nie wtajemniczać czytelnika w nieco skomplikowaną sytuację polityczną ówczesnej Europy podam tylko, że Śląsk stał się w tamtych czasach trasą wędrówek zwalczających się wojsk - katolickich, a więc cesarskich Ferdynanda II (do 1637r.), który władał Śląskiem i z drugiej strony protestanckich - niemieckich, duńskich i szwedzkich.

 

KOTULIŃSCYTo znana na ziemi prudnickiej rodzina. Kotulińscy byli właścicielami Trzebiny, a jeden z członków rodziny - Adam był sprawcą nadania tej miejscowości praw miejskich w 1542 roku. Kotulińscy posiadali staw na miejskich terenach Prudnika oraz dom w tym samym mieście. Kotulińscy władali także Śląskimi Pawłowicami położonymi na terenie osobłoskiej enklawy należącej do biskupów ołomunieckich.

 

W Prudniku spokój panował do 1625 roku. Miasto było wówczas zdecydowanie protestanckie, a kościół parafialny należał do ewangelików. Tworzyło to niebezpieczną sytuację, gdyż cesarz był katolikiem, a obowiązywała przecież zasada "cuius regio eius religic" (wyznanie władcy przechodziło na jego poddanych). Mieszczanie słali prośby do cesarza o zachowanie swojej wiary, motywując to niezmienną od lat wiernością państwu. Jak się okazało już wkrótce mieli okazję to udowodnić. Oto bowiem na Śląsk wkroczyły protestanckie wojska Piotra Ernesta Mansfelda skierowane przeciwko cesarzowi. Śląscy protestanci powitali go jak wyzwoliciela. Mansfeld zdobył z zaskoczenia Karniów (Krnov) i Głubczyce, stając w odległości 3 mil od Prudnika. I stało się wówczas coś niezwykłego! Choć ludność miasta w całości była protestancka, to jednak okazała katolickiemu cesarzowi niewzruszoną wierność. Na wiadomość o zbliżaniu wojsk mieszkańcy zdołali przygotować się do obrony. Prudniczanie nie oddali miasta! Podczas okupacji okolicznych ziem burmistrz Prudnika wysyłał do Wiednia listy z prośbami o posiłki, te jednak nie nadchodziły i dopiero wojska cesarskie pod wodzą Wallensteina i Dohny oczyściły Śląsk z protestanckich wojsk. Niestety miasto uległo zniszczeniu podczas wielkiego pożaru 1 lipca 1627 roku. Pożar powstał przez podpalenie przedmieść przez "obce wojska". Klęska głodu i epidemii dopełniły tragedii miasta, które na dodatek zostało skazane na kwaterunek cesarskich wojsk. Wskutek urzędniczych nacisków Fryderyka Oppersdorfa zarządcy ks. opolsko - raciborskiego część mieszczan przeszła na katolicyzm.

Tymczasem na Śląsk wtargnęli Szwedzi i sprzymierzeni z nimi Saksończycy, przywracając protestantyzm, również w Prudniku. Około 1633 roku wojska cesarskie ponownie opanowują okolice Prudnika i wypędzają Szwedów. Pamiętajmy, że właśnie ten rok podaje się za datę budowy Szwedzkiego Słupa! Rok 1633 to również przejście fali dżumy, która w Prudniku pochłonęła 1/5 ludności (405 mieszkańców)! J. Chrząszcz przypuszcza, że na pamiątkę dżumy z 1633 roku rozpoczęto organizację pielgrzymek morowych, dziękczynnych z Prudnika do Kaplicy Loretańskiej w Głogówku. Niestety Kotuliński pospieszył się z wystawieniem "szwedzkiego" pomnika, gdyż Szwedzi znowu zjawili się na ziemi prudnickiej. W 1634 roku oraz w latach następnych, gdy Szwedzi zagrażali Głogówkowi, jego właściciel Jan Jerzy Oppersdorf szukał schronienia w Polsce. W 1635 roku dżuma zaatakowała Białą. W 1642 roku prudniccy mieszczanie postawili opór Szwedom, ale podczas mgły obce wojska wtargnęły do miasta i pod groźbą podpalenia wymusiły kontrybucję. Następnego dnia Szwedzi pomaszerowali do Karniowa (Krnova) najpewniej drogą przez Trzebinę i Albrechcice lub obok Śląskich Pawłowic (i naszego słupa!) przez Osobłogę (Osoblahę) i Głubczyce. Podczas wojny 30-letniej Głogówek był plądrowany 16 razy! W 1643 roku przez 6 dni na zamku w Głogówku przebywał szwedzki dowódca Torstenson. Jego żołdacy w międzyczasie grabili miasto i okoliczne wsie. Wojna trzydziestoletnia zakończyła się w momencie, gdy ziemia prudnicka znajdowała się w zastawie u polskiego króla Jana Kazimierza.

ZAGADKI DO ROZWIĄZANIA

Dlaczego Kotuliński postanowił uczcić fakt opuszczenia tych ziem przez wojska szwedzkie poprzez postawienie na granicy swoich posiadłości pięciometrowego słupa w postaci trójbocznej kolumny? Skoro była to wojna religijna aż prosiło by Kotuliński, który był z pewnością katolikiem wystawił pomnik któregoś ze świętych lub chociażby krzyż. Zamiast tego postawił słup o typowo świeckim charakterze, choć z drugiej strony można domniemywać, czy we wnękach kolumny znajdowały się symbole religijne.

Zastanawiający jest graniczny charakter kolumny, która znajduje się na styku ziem trzech wsi: Racławic Śląskich, Śląskich Pawłowic i Laskowic. Czym może mieć to jakiś związek z trójbocznością kolumny? Na szczycie czeskiej góry Pradziad znajduje się trójboczny kamień graniczny ze znakami tych feudałów, których ziemie tam się stykały. Można doszukiwać się pewnej analogii. J. Chrząszcz przypuszcza ponadto, że szaniec na którym stoi kolumna jest grodziskiem. Niestety na jego terenie przeprowadzono tylko badania sondażowe, które odkryły ułamki cegieł.

Wiele jest więc pytań, na które na razie nie potrafimy odpowiedzieć. Są jednak znawcy tematu, historycy, którzy mogą pomóc nam, a przede wszystkim inicjatorom odnowy pomnika w rozwikłaniu tych zagadek.

Poprawiony: piątek, 14 maja 2010 15:10